11.XII - 20.I.1957

Warszawa. 11.XII.1957 środa
Wmawiałam sobie, że to nic, że to minie, ale to nie mijało, około dwunastej zbudziłam p.Hanię śpiącą w pokoju obok. Chciałam, żeby przy mnie posiedziała, bo tak się czegoś bałam. Ale p.Hania przestraszyła się jeszcze bardzie ode mnie, energicznie ubrała się i poszła w noc na stację zatelefonować od dyżurnego kolejki.
Lekarz z Pruszkowa siedział u mnie prawie półtora godziny. O wpół do dziewiątej przyjechała po mnie karetka z lekarką a potem odwieźli mnie do domu. Pytali, czy do Lecznicy, ale wolałam do domu. Biedna p.Hania jechała z nami w szoferce i wyszła naprzód uprzedzić Annę.

21.XII.1957 środa
Z Dylusiem /Dyluś, foksterier gładkowłosy, pochodził z hodowli J. i I. Hołyńskich w Komorowie, ale nie posiadał dokumentów rodowodowych. Prototyp bohatera noweli Szczęśliwa istota, pierwodruk „Twórczość”, 1959, z.10, przedruk w: Opowiadania, 1967. Po śmierci Dąbrowskiej opiekowała się nim M.Andruszkiewicz; żył jeszcze 5-7 lat./ była cała historia. Po czwartkowej wizycie w Pruszkowie do Lecznicy Zwierząt (zastrzyk) orzeczono tam , że to może nie nużyca, tylko bardzo zaraźliwa i trudna do uleczenia grzybica. Wobec tego p.Hania dziś rano pojechała do Komorowa i stamtąd zawiozła go wprost do Kliniki na Grochowie. Nie chciano słuchać o przyjęciu Dyla, wymyślono, że z taką błahą chorobą się przychodzi, gdy oni mają poważne wypadki etc. Ale p.Hania niełatwo daje się odstraszyć, więc ubłagała, że w ambulatorium zeskrobali z liszaja pod okiem i pod mordką trochę chorej tkanki i zrobili na poczekaniu analizę. Orzekli – nie grzybica, tylko nużyca. Dali z miejsca lekarstwo, w którym wyczuwa się karbol i jodynę – i mnóstwo recept, zastrzyki arszeniku , witaminę A i witaminę K. Koniec końców około pierwszej p.Hania całkiem zmaltretowana pojawiła się we drzwiach z Dylem, a raczej on pojawił się nade wszystko, wparł się ledwo drzwi uchylono całym sobą prężąc się na smyczy z przednimi nogami sztywno wyciągniętymi w powietrzu, dawno nie widziałam takiej siły wyrazu tęsknoty i jednocześnie spełnienia.


Dom w Komorowie

31.XII.1957 wtorek
Rano Tulcia przyleciała, że na dzikiej działce zalesionej przy zbiegu Kraszewskiego i Krasińskiego widziała kosa. W pół godziny potem poszłam sprawdzić i wzięłam nawet lornetkę. W samej rzeczy na tej działce są kos i kosica. To dzień wielkiego odkrycia!
Wieczorem ciekawy spacer wśród cichej, sypkiej śnieżycy, w której dwie zewnętrzne lampy naszego domu świecą się jak monstrancje. Czyżby więc zima na zakończenie roku?

Komorów. 3.I.1958 piątek
Przed południem z Anną „na Komorów” i wstąpiłyśmy do pani Męskiej. Anna zachwyciła się jej pięknością. Przy sposobności dowiedziałyśmy się interesujących rzeczy o córce Toli, dr Pęskiej-Laskowskiej. Jest tak jak ojciec laryngologiem, ale ma rzadką specjalność – chirurgię plastyczną, operuje zajęcze wargi, złamane i krzywe nosy itp. – przywraca urodę nieszczęśliwym i szpetnym /Mirosław Pęska-Laskowska (ur. 1914), lekarz laryngolog i chirurg plastyczny. Studiowała na wydziale lekarskim UW i w Instytucie Chirurgii Plastycznej u prof. Buriana w Pradze i prof. Karfika w Brnie. Od 1947 pracowała w klinice laryngologicznej Szpitala Dzieciątka Jezus. Zajmowała się chirurgią plastyczną, szczególnie usuwaniem wad wrodzonych u dzieci, założyła pierwsze w Polsce ambulatorium chirurgii estetycznej przy lekarskiej spółdzielni pracy w Warszawie; ogłosiła wiele prac z tej dziedziny/. Jej mąż (bezrobotny od wojny eks-dyplomata)
/Mieczysław Laskowski (1908-1983), ukończył prawo i ekonomię w Grenoble, filozofię w Berlinie. W l. 1934-39 pracował w służbie dyplomatycznej jako radca ekonomiczny na placówkach w Niemczech, Szwajcarii i na Litwie, w Kłajpedzie. Podczas okupacji służył w AK, brał udział w powstaniu warszawskim. Po wojnie imał się różnych zajęć, m.in. pracował w Zarządzie Głównym Polskiego Towarzystwa Lekarskiego/ pokazywał album z zadziwiającymi fotografiami jej wyników. To są niezwykłe rzeczy, w kraju dopuszczającym prywatne leczenie (choćby i specjalistycznym) byłaby bogata, boć i bogaci potrzebują takich zabiegów – tu dom tonie w biedzie, a ona haruje za nędzną pensję szpitalną.

20.I.1958 poniedziałek
Rano Dyl zaczął w hollu gwałtownie szczekać. Podeszłam do drzwi balkonowych – pani Hołyńska na balkonie zawieszała między gałązkami derenia ogromny płat słoniny. Coś mi już o połciach słoniny, które skądciś dostali, opowiadała. Otworzyłam lufcik i zaprosiłam ich (bo i on był) do wnętrza, ale nie chcieli wejść. Spieszyli dokąś, a m.in. z drugim takim płatem słoniny do p.Pęskiej. Teraz mam przed oknem po prostu „zbiorowy punkt żywienia”. Ot i znalazła się para świętych Franciszków z Asyżu.


Subskrybuj zawartość