Oficjalny serwis miejscowości Komorów



Menu: O Komorowie
» Historia Komorowa
» Zabytkowy Komorów
» Dzienniki Marii Dąbrowskiej
» Rodzina Markowicza
» Maria Dąbrowska
» Mieszkańcy
» O Komorowie
» Biblioteka publiczna
» Szkoła
» Środki komunikacji
» Mapa Komorowa
» Galeria zdjęć Komorowa
» Zdjęcia z wydarzeń nowe!
» Prognoza pogody

Menu: Wydarzenia
» Wszystkie wydarzenia
» Kalendarium
» Kultura
» Sport
» Forum mieszkańców

Menu: Zarząd Osiedla
» Informacje o Zarządzie
» Kontakt z Zarządem
» Statut
» Uchwały mieszkańców
» Uchwały Zarządu
» Protokoły
» Archiwum poprzednich Zarządów

Menu: Instytucje
» Gmina Michałowice
» Urząd Pocztowy
» Urząd Skarbowy
» Linki
» Katalog firm

Menu: Społeczności
» Komorowskie ZHR
» Kulturalny Komorów
» Stowarzyszenie K40








Komorów pod ochroną

Modernistyczne i dworkowe wille oraz niepowtarzalny układ urbanistyczny Miasta Ogrodu Komorów za trzy miesiące staną się zabytkiem. Konserwator wpisze je do rejestru.


Miasto Ogród Komorów ma ponad 70 hektarów powierzchni. Powstało w dwudziestoleciu międzywojennym.

Zabytkiem stanie się m.in. kościół pod wezwaniem NMP

O takie rozwiązanie apelowali mieszkańcy w obawie przed zakusami inwestorów. Deweloperzy już ostrzą sobie zęby np. na działkę SGGW przy ul. Armii Krajowej, gdzie chcieliby postawić duże osiedle z największym pod Warszawą, 18-dołkowym polem golfowym.

Chronić wille
Jednak konserwator zabytków chce chronić miasto nie tylko przed deweloperami, ale także przed samymi właścicielami budynków. – Na terenie Komorowa znajdują się tak cenne obiekty jak modernistyczna willa Ysola przy ul. 3 Maja 8 – mówi Michał Krasucki, historyk sztuki. – Niestety, niektóre z budynków już zostały częściowo zdewastowane przez nieodpowiednio przeprowadzone rozbudowy. Tak jest np. z modernistyczną budowlą autorstwa Romualda Millera przy ul. Leśnej 2.

Wpis do rejestru zabytków ochroni też ponad 20 willi, domki letniskowe z końca XIX w. oraz kościół zbudowany na podstawie przedwojennych planów Brunona Zborowskiego (odbudowywał m.in. kościół św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu).

Pod opieką znajdzie się też układ urbanistyczny Miasta Ogrodu, który charakteryzuje się m.in. podobnej wielkości działkami (ok. 1,1 tys. mkw.), w których większą część stanowi zieleń. Wszystkie zmiany w tej koncepcji musiały być uzgadniane z konserwatorem zabytków.

Park Kulturowy
Wpisanie do rejestru zabytków Miasta Ogrodu to jednak nie koniec planów. Mieszkańcy Komorowa, Pęcic i Pęcic Małych zaapelowali do konserwatora o powołanie na terenie gminy Michałowice Parku Kulturowego.– To najnowsza forma ochrony dziedzictwa. Pozwala objąć opieką nie tylko poszczególne budynki, ale i tereny zielone – mówi Barbara Jezierska, wojewódzki konserwator zabytków. – Pozwala też ubiegać się o pieniądze na remonty i rewitalizacje z funduszy strukturalnych.

Powołanie parku nakłada na gminę obowiązek stworzenia planu zagospodarowania przestrzennego w porozumieniu z konserwatorem zabytków. O tym, czy park powstanie, zadecyduje już jednak nie tylko konserwator, ale także samorząd. Gdyby radni Michałowic zgodzili się na takie rozwiązanie, na terenie Komorowa prawdopodobnie nie powstanie ani duże osiedle, ani pole golfowe.

– Sprzeciwiamy się zasadzie budowania, gdzie się chce. Takie miejsca jak Komorów czy Konstancin mają swoją duszę, która jest zagrożona przez chaotyczne inwestycje – mówi Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, prezes stowarzyszenia Ład na Mazowszu.

Źródło: Życie Warszawy

Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.

Co za bzdura ... "Niestety,

Co za bzdura ...
"Niestety, niektóre z budynków już zostały częściowo zdewastowane przez nieodpowiednio przeprowadzone rozbudowy. Tak jest np. z modernistyczną budowlą autorstwa Romualda Millera przy ul. Leśnej 2."

To już nie można domu wyremontować, bo nowy nie podoba się mieszkańcom zaglądającym przez płot !?

Jak się komuś tak podobał to trzeba było go kupić.

he he pewnie dlatego właściciel podwyższa mur ;))
dość miał idiotów zaglądających przez płot z aparatem fotograficznym ;)))
http://komorow.net/node/978

bzdury i bledy!!!

W artykule sa bledy! Np. Pecice sa przeciwko parkowi kulturowemu co wyrazily w uchwale!A Pan Kostrzewa i reszta ekipy tez probuja ludziom wcisnac tanie obietnice! Gdyby uchwalic plan zagospodarowania przestrzennego na tym terenie moze powstac kilka rzeczy ktore bardzo przydadza sie gminie - np. przedszkole, boiska czy dom opieki spolecznej. Z tego co wiem firma ktora kupila ten teren od SGGW sklada takie propozycje - chce tez wybudowac pole golfowe ktore spowoduje ze wartosc dzialek wokol tego terenu bardzo wzrosnie.

Bazdury to pisze

Bazdury to pisze przedmówca. Inwestor zrobi miejsca na takie obiekty, ale przecież i tak to GMINA będzie musiała je budować. Tak samo, jak może w każdym innym miejscu.

Czy aby na pewno wartość działek wzrośnie, jeśli przybyć ma ponad 1000 nowych domów? To to dopiero jest bzdura.

DLA PRZYPOMNIENIA! Zasasy Forum

Zasady dyskusji na Forum mieszkańców Komorowa w serwisie www.komorow.net

Nie należy umieszczać komentarzy, które:

-zawierają wulgaryzmy (art. 3 Ustawy o języku polskim z dnia 7 października 1999r.);

- propagują alkohol (art. 2 (1) Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi z dnia 26 października 1982r.);

-propagują środki odurzające, narkotyki (art.1 Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii z dnia 24 kwietnia 1997r.);

- OBRAŻAJĄ OSOBY PUBLICZNE (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- obrażają inne narodowości, religie, rasy ludzkie (art. 23 Kodeksu cywilnego oraz art. 194 - 196 Kodeksu karnego);

- ZAWIERAJĄ INFORMACJE OBARCZAJĄCE NIESPRAWDZONYMI ZARZUTAMI INNE OSOBY (art. 23 Kodeksu cywilnego);

- przyczyniają się do łamania praw autorskich (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994r.).

Wrzask w przestrzeni - Raport Polityki, 2.02.08

Polityka - nr 5 (2639) z dnia 02-02-2008; s. 32 Raport

Wrzask w przestrzeni
Co mamy w Polsce piękne? Góry, morze, jeziora i lasy, niektóre zabytki. Co brzydkie? Całą resztę, czyli radosne dzieło naszych rąk. Rodzima urbanistyka jest rozwichrzona jak fryzura gwiazdora TVN Szymona Majewskiego. Niefunkcjonalna jak jego niegdysiejsze wynalazki. I jak on – nieprzewidywalna.

Piotr Sarzyński

Teoretycznie wszystkim leży na sercu piękno naszych miast i wsi. W przeprowadzonych przed dwu laty przez CBOS badaniach aż 86 proc. rodaków deklarowało zainteresowanie jakością i wyglądem swego otoczenia. Media bez przerwy upominają się o ładne osiedla, nowe drogi i skwery. A władze wszelkich szczebli zgodnie zapewniają, jak bardzo starają się dbać o komfort życia swoich mieszkańców. Praktyka jednak nijak ma się do tych deklaracji. Mamy w kraju 800 miast i miasteczek oraz 50 tys. wiosek. I wątpię, by wśród nich znalazło się choć jedno takie miejsce, w którym – z urbanistycznego punktu widzenia – nie byłoby się do czego przyczepić. Żyjemy w środowisku niefunkcjonalnym, nieprzyjaznym i po prostu brzydkim. Skąd to się wzięło i co z tym robić?
Czterej jeźdźcy Apokalipsy
Przez pejzaż polskich miast przetoczyli się czterej jeźdźcy Apokalipsy, pozostawiając po sobie ów przykry stan estetycznego chaosu i funkcjonalnej dezorganizacji. Co ciekawe, nawet specjalnie nie odbiegali od swych biblijnych pierwowzorów. Pierwsza nadciągnęła wojna. I choć od jej zakończenia upłynęło już ponad 60 lat, to urbanistyczne skutki owego kataklizmu odczuwamy do dziś. W tradycyjnej zabudowie naszych miast poczyniła spore wyrwy, a w niektórych przypadkach (Warszawa, Wrocław) potężnie ją zrujnowała.
Część z tych ubytków udało się odtworzyć, w większości jednak pozostały puste place, dziury w zabudowie, przetrzebione pierzeje ulic. I wówczas pojawił się jeździec drugi – zaraza, czyli socjalizm. Lista chorób, którą rozsiała po kraju, jest długa: gigantomania (Pałac Kultury i Nauki), swoiście rozumiane poczucie piękna (uboga wersja modernizmu w postaci karykaturalnych ciągów wieżowców), standaryzacja (słynne jednorodzinne domki-klocki), egalitaryzm (wielkie osiedla w różnych miastach podobne do siebie jak dwie krople wody, „1000 szkół na tysiąclecie” budowanych według jednego projektu), lekceważący stosunek do tzw. małej tradycji (przedwojenne kamienice, dworki). A wszystko to zcentralizowane, nie pozwalające na jakiekolwiek przejawy indywidualizmu czy samodzielności.
Urbanistyka PRL była do bólu nudna, ale z profesjonalnego punktu widzenia często poprawna, a nawet harmonijna. Jeśli stawiano nowe osiedle, to obowiązujący normatyw nakazywał, by znalazła się tam szkoła, ośrodek zdrowia, dom kultury i sklepy. Drogi – jak na ówczesne potrzeby – budowano wystarczająco szerokie. Jeżeli domy były wysokie, to konsekwentnie wszystkie, by nic nie zaburzało socjalistycznej harmonii. – Mimo ideologicznego gorsetu mieliśmy wówczas naprawdę dobrą, cenioną w świecie urbanistykę. To przecież Polacy odbudowywali po trzęsieniu ziemi Skopie czy planowali rozwój Bagdadu. Ale pamiętajmy, że tradycje urbanistyki polskiej są o wiele starsze niż PRL. Plan urbanistyczny Warszawy powstał w 1916 r., a w latach 30. Szymon Syrkus i Jan Chmielewski tworzyli urbanistykę na poziomie światowym – przypomina dr Adam Kowalewski, przewodniczący Głównej Komisji Urbanistyki przy ministrze budownictwa. Bywały projekty naprawdę wybitne: Sady Żoliborskie w Warszawie, Nowe Tychy Wejchertów czy osiedle Słowackiego w Lublinie, zaprojektowane przez Oskara Hansena. A później Ursynów.
Ale wraz z 1989 r. pojawił się jeździec trzeci: głód, czyli kapitalizm. Głód wszystkiego: pieniędzy, sukcesu, nowych biur, prestiżu, prywatyzacji. Głód, który sprawił, że przestały obowiązywać wszelkie dotychczasowe reguły planowania, zastąpione jedną: kto ma gruby portfel, ten decyduje. O ile PRL pozostawił po sobie nudną harmonię, o tyle kapitalizm szybko przerobił ją w groteskowo barwny chaos. Trzeba zresztą przyznać, że warunki po temu były sprzyjające. Albowiem w ramach gwałtownego odcinania się od socjalizmu, wahadło maksymalnie odchyliło się w drugą stronę: całkowitej urbanistyczno-architektonicznej wolności. Teoretycznie nie jest źle. Mamy stosunkowo świeżą (2003 r.) Ustawę o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz co najmniej 60 innych ustaw, regulujących sprawy ładu urbanistycznego. Większość uprawnień przekazano samorządom. Ale w praktyce pozostajemy – w cywilizowanym świecie – bodaj najbardziej liberalnym krajem w tym zakresie. Zaś tam, gdzie władze administracyjne podejmują jakiekolwiek decyzje (drogi, mosty), panuje atrofia decyzyjna, latami ciągną się dyskusje i przetargi. Wymyśla się też projekty, od których fachowcom włosy jeżą się na głowie. Jak propozycja ministra budownictwa w rządzie PiS Mirosława Barszcza, by automatycznie odrolnić wszystkie grunty w miastach i wokół nich. – O tym pomyśle da się tylko jedno powiedzieć: straszny i grożący katastrofalnymi skutkami – oburza się prof. Tadeusz Markowski, prezes Towarzystwa Urbanistów Polskich. – Pogłębia chaos służący tylko interesom spekulacyjnym – dodaje dr Kowalewski.
Nic dziwnego, że na tak przygotowanym przez wilczy i niepohamowany kapitalistyczny głód gruncie obfite żniwo zbiera jeździec czwarty: śmierć. Ostatecznie na naszych oczach umiera miasto przyjazne, wygodne, ładne. Już to, co pozostawił w spadku PRL, było niedoskonałe. „Powojenne polskie miasto drugiej połowy XX wieku – to odbudowane starówki plus liczne, luźno z nimi powiązane wielkie osiedla mieszkaniowe. Ta tendencja przenosi się na początek nowego wieku. Obecnie budujemy nasze miasta pozostając w cieniu zdeformowanego osiedla społecznego, rozwijając amorficzne, ułomne funkcjonalnie struktury podmiejskie” – stwierdza w eseju „Polskie miasta wielkich osiedli” gdańska architekt dr Gabriela Rembarz.
Czym tu kryć?
Zdaniem redaktora naczelnego miesięcznika „Urbanista” Janusza Korzenia: – W ostatniej dekadzie nastąpiło ostateczne rozerwanie zabytkowych struktur miasta. Panoszą się nowe budynki, stawiane przez nie liczących się z niczym deweloperów. To architektura agresywna, przeskalowana i kompletnie ignorująca otoczenie. Centra miast straszą kakofonią kształtów, form i kolorów. Spośród paropiętrowych ceglanych budynków nagle strzelają w górę szklane wieże banków czy monumentalne aluminiowe siedziby bogatych firm. Straszą zrujnowane gmachy upadłych fabryk, bez ładu i składu pączkują w najbardziej nieoczekiwanych miejscach małe pawilony handlowe i gastronomiczne. Nie lepiej jest na przedmieściach: pośrodku pól z kapustą wyrastają ni z tego, ni z owego gigantyczne hale hurtowni czy osiedla domków jednorodzinnych. Janusz Korzeń trafnie nazwał to wrzaskiem nowego na otwartej przestrzeni. A cały ten radosny chaos przykryty jest jeszcze potężnym kożuchem przydrożnych reklam, billboardów, informacyjnych tablic. Niestety, owa dziwaczna mieszanka okazuje się wyjątkowo konsekwentnie infekować cały kraj. Wszędzie buduje się podobnie: w Gdańsku i Wrocławiu, Białymstoku i Szczecinie. Można wręcz mówić o uniformizacji chaosu.
Pomimo swobody architektoniczno-urbanistycznych rozwiązań stale kurczy się obszar, który prof. Tadeusz Markowski nazywa dobrem klubowym. A więc to, co zawsze decydowało o specyfice miasta (w odróżnieniu od wsi) – wspólna przestrzeń do wspólnego użytkowania. „Z upodobaniem budujemy we wnętrzach naszych miast coraz liczniejsze obszary wygrodzone do wyłącznego użytku ich mieszkańców. Argument bezpieczeństwa jest tu wątpliwy; nasze miasta nie są aż tak niebezpieczne. Chodzi raczej o czynnik prestiżu i chęć zdystansowania się od nieodpowiedniego towarzystwa” – mówił na II Kongresie Urbanistyki Polskiej (2006 r.) prof. Mieczysław Kochanowski.
Wielu urbanistów dostrzega w grodzonych osiedlach mieszkaniowych ponowny i coraz bardziej widoczny podział na biednych i bogatych. „To już nie jest stawianie płotów, to kopanie głębokich rowów w społeczeństwie” – przestrzegał w jednym z wywiadów prof. Bohdan Jałowiecki, współautor wydanej niedawno książki o znamiennym tytule „Gettoizacja polskiej przestrzeni miejskiej”. Jesteśmy w tym zakresie w ścisłej, choć raczej mało chwalebnej, światowej czołówce, obok Rosji, RPA, Brazylii i USA. Ale nawet w Stanach Zjednoczonych większość domów jednorodzinnych oddzielonych jest od ulicy i sąsiadów co najwyżej symbolicznym żywopłotem. U nas stawianie własnego, choćby najskromniejszego domu zaczyna się zawsze od wytyczenia granic własnego gruntu, w najgorszym wypadku siatką, a zazwyczaj – potężnym metalowym ogrodzeniem. Niekiedy chęć do odgradzania się sięga absurdalnej skali. Jak na przykład w stołecznej Marinie Mokotów, gdzie dla warszawiaków niedostępny jest obszar 32 ha w samym centrum miasta. Nie dosyć, że całość oddzielono szczelnym ogrodzeniem, to także w środku osiedla poszczególne budynki otoczone są własnymi płotami! Dość zabawnie brzmi tłumaczenie autora projektu Mariny – architekta Stefana Kuryłowicza – iż całość ogrodzono, bo miasto nie chciało dbać o utrzymanie ulic wewnątrz osiedla.
Rzadko kiedy wyznacza się lokalne standardy budownictwa. – Nie ma takiej tradycji – mówi prof. Markowski – co w dużej części wynika z wszechobecnej przez dziesięciolecia biedy. Jak można było np. zalecić, by domy jednorodzinne kryć dachówką ceramiczną, skoro w sprzedaży jej nie było? Gdy w jednym z pomorskich miasteczek radni przyjęli uchwałę o zalecanej kolorystyce domów, podniósł się wielki krzyk, że to ograniczanie wolności. – Problem w tym, że w Polsce prawo własności ziemi traktuje się jako równoważne z prawem do jej dowolnego użytkowania. To w cywilizowanym świecie precedens – przypomina dr Kowalewski.
Efekty najlepiej widać tam, gdzie kwitnie budownictwo indywidualne. Wystarczy się przebić do nowego osiedla błotnistą, pełną kolein i wąską drogą (kto by dbał o takie szczegóły), a naszym oczom nieodmiennie ukazuje się niezwykły widok typu „Hundertwasser w wersji dla ubogich”. Tu dach płaski, obok dwuspadowy, a nieco dalej dziesięciospadowy. Raz czarny, to znów czerwony lub brązowy. Potężne kute ogrodzenie sąsiaduje z jednej strony z drewnianym płotem, z drugiej – z ceglanym murem. Jedna wielka działka z małym domkiem, a naprzeciwko mała działka z wielką, rozpostartą niemal od ogrodzenia do ogrodzenia, rezydencją. I wszędzie wyścig, kto upcha na elewacji więcej elementów dekoracyjnych: wykuszy, ryzalitów, kolumienek, balkoników, okien połaciowych, gzymsów. Jakakolwiek harmonia jest ostatnią rzeczą, którą możemy tu spotkać.
Oczywiście podejmuje się różne próby ratowania tzw. miasta przyjaznego i ładnego, głównie poprzez odwoływanie się do historii. Odbudowuje się place, zabudowuje pierzeje ulic, partery nowych domów na powrót przeznacza na sklepiki i usługi, zrywa się nawierzchnie asfaltowe i kładzie w ich miejsce bruk. Niekiedy owe sentymentalne ciągoty przyjmują dość groteskowy charakter, jak na przykład w tworzeniu architektonicznych pseudohistorycznych pastiszów. W Kołobrzegu, Elblągu, Głogowie czy Lubaniu pobudowano całe fragmenty nowych starówek, udających stary styl. W Warszawie na placu Zwycięstwa postawiono atrapę dawnego ratusza.
– Wymyślono, że na Głównym Mieście w Gdańsku można jeszcze wcisnąć 150 domów. Obudowując wszystkie wąskie uliczki. Zapomina się o tym, że nie można się tutaj wzorować na Hiszpanii czy południu Włoch, gdzie jest inny klimat i nasłonecznienie – zauważa trójmiejski architekt Bohdan Szermer. Znacznie bardziej udane są próby rewitalizacji istniejących pojedynczych obiektów lub ich zespołów, jak forty w Gdańsku, Chojnice czy Manufaktura w Łodzi.
Miasta się rozłażą
Jakbyśmy mało mieli własnych specyficznych problemów z urbanistyką (skrajny liberalizm, ponury spadek w postaci socjalistycznych blokowisk, terror deweloperów, grodzenia), to dodatkowo musimy się zmagać z procesami, nad którymi głowią się urbaniści na całym świecie i z którymi walczą kraje Europy Zachodniej. Najważniejszy z nich to suburbanizacja, czyli wylewanie się zabudowy miejskiej na coraz większy obszar. Oczywiście, daleko nam do takiego Mexico City czy Kairu, gdzie na przejechanie całego miasta trzeba chyba z pół dnia. Ale różowo też nie jest.
Pod miasta wynoszą się prawie wszyscy: hipermarkety i uczelnie, hurtownie i nowoczesny przemysł, centra konferencyjne i siedziby firm, osiedla domków jednorodzinnych i całe blokowiska. Przed II wojną światową gęstość zaludnienia w Warszawie wynosiła 5,8 tys. mieszkańców na kilometr kwadratowy. W 1990 r. – 3,3, a dziś już tylko 2,6. W innych miastach jest nie lepiej: Wrocław – 2,1, Kraków – 2,3, Gdańsk – zaledwie 1,7. Dla porównania, w Berlinie ów wskaźnik wynosi 4, w Londynie – 5,1, a w Moskwie – 8,5. To i tak daleko do rekordzistów: Manilii czy centrum Kairu – 40 tys. W latach 90. powierzchnia osiedli mieszkaniowych w polskich miastach wzrosła o 8,7 proc., podczas gdy liczba mieszkańców – zaledwie o 1,3 proc. W ciągu 10 lat Łódź straciła 90 tys. mieszkańców, a w tym samym czasie obrzeża miasta zyskały 30 tys., a powiaty wokół miasta – kolejne 30 tys.
Można by powiedzieć – tak jest wygodniej, ludzie nie siedzą sobie na głowach. Ale zdaniem urbanistów to czyste marnotrawstwo. Tym bardziej że nie zyskujemy na takim rozproszeniu dodatkowych placów zabaw, parków, obiektów sportowych czy wygodnych dróg. W ciekawych badaniach przeprowadzonych w USA Peter Newman i Jeff Kenworthy udowodnili, że przy gęstości zaludnienia miast 1,5 tys. na km kw. statystyczny mieszkaniec pokonuje codziennie 11 km, przy 5 tys. – 4,5 km, a przy 16 tys. – zaledwie 1,5 km. Nie trzeba zresztą naukowych wyliczeń; wystarczy popatrzeć na ulice polskich miast w godzinach szczytu. – Niekontrolowana, bezplanowa suburbanizacja powoduje straty ekologiczne i jest nieekonomiczna. Jest trudna do opanowania przez transport miejski i wymaga gigantycznych nakładów na uzbrajanie coraz to nowych terenów; podciąganie mediów, budowę dróg, ale też przedszkoli, szkół, ośrodków zdrowia. Utrwala substandardowe warunki życia – przekonuje dr Adam Kowalewski.
Wraz z suburbanizacją następuje dezurbanizacja, czyli zamieranie życia w centrach miast. Wyprowadzają się z nich mieszkańcy, a na ich miejsce wkraczają banki i biurowce. Coraz rzadziej umawiamy się na rynku, idziemy do knajpki lub kina w centrum miasta czy spacerujemy po śródmieściu. Te funkcje przejęły teraz okupujące peryferia wielkie centra handlowe. Gdy nadchodzi wieczór, po głównych ulicach głównie hula wiatr. Miasto w swych tradycyjnych granicach spełniało zawsze wiele potrzeb: bezpieczeństwa, zapewnienia środków do życia, codziennego komfortu, międzyludzkich kontaktów, ale też przytulności czy estetycznej satysfakcji. Co z tego się ostało?
Dyktatura inwestorów
W odróżnieniu od kwitnącej architektury, urbanistyka przeżywa ostatnio chude lata. A może i dziesięciolecia. Nie powstają nowe znaczące teorie i koncepcje. Trochę w tym pewnie pokuty za czasy modernizmu, gdy urbanistyka puszyła się, a lista jej grzechów z czasem okazała się spora: upolitycznienie (szczególnie w ustrojach totalitarnych), wiara we własną omnipotencję, forsowanie przekonania, że duże jest piękne, a nowe jest ważne. Na przykład w PRL urbanista to był ktoś. Potężne zespoły planowały wielkie osiedla, a bez ich aprobaty nie można było postawić nawet kosza na śmieci. W Biurze Planowania Warszawy, które dziś jest niewielką prywatną firmą, niegdyś pracowało dla potrzeb miasta 800 osób. Oczywiście, zachowała się instytucja naczelnych architektów miast, ale dziś są to po prostu urzędnicy magistraccy, całkowicie podporządkowani decyzjom politycznym oraz naciskom przeróżnych lobbies.
Gdy w ubiegłym roku Warszawa żyła dyskusjami o usytuowaniu stadionu piłkarskiego na Euro 2012 oraz o zabudowie placu Defilad przed Pałacem Kultury, w obu sprawach publicznie głos zabierali wszyscy: architekci i politycy, artyści i taksówkarze, samorządowcy i tzw. zwykli mieszkańcy. Daremnie tylko szukać było opinii tych, którzy merytorycznie zapewne mieliby najwięcej do powiedzenia: urbanistów. Ci ostatni nie składają jednak broni. Co jakiś czas spotykają się na kongresach, przygotowują raporty o stanie zagrożenia, ślą memoriały do władz. Ostatnia zmiana rządu wlała nadzieję w ich serca i na początku listopada wystosowali kolejny list, tym razem do Donalda Tuska. I tym razem jak kamień w wodę. – Władza w Polsce zupełnie nie jest zainteresowana budowaniem ładu przestrzennego – zauważa rozczarowany prof. Markowski. A jeżeli już coś obiecuje, to – pozostając pod presją oczekiwań na te miliony mieszkań – raczej dalsze ułatwienia dla inwestorów, aniżeli troskę o narodowe dobro, jakim jest nasza wspólna przestrzeń życiowa. Tymczasem kontrolowanie porządku urbanistycznego przez władze, które nam tak bardzo kojarzy się z socjalizmem, w cywilizowanych krajach europejskich jest czymś powszechnym i naturalnym. Francuzi posiadają skodyfikowane krajowe prawo urbanistyczne, w Anglii obligatoryjne dyrektywny dotyczące zabudowy wydaje samorządom ministerstwo środowiska, w Niemczech prawo do ładu zapisano w konstytucji. O takich regulacjach nasi urbaniści mogą tylko pomarzyć.
Nawiasem mówiąc, współczesna urbanistyka to już nie tylko sztuka harmonijnego ustawiania domów czy funkcjonalnej sieci dróg. Kto przypadkowo trafił do Wenecji w 2006 r. na Biennale Architektury, mógł czuć się rozczarowany. Zamiast makiet ze śmiałymi planami nowych miast czy osiedli, spotkał się przede wszystkim z wykresami i planszami obrazującymi takie zjawiska jak migracje, starzenie się społeczeństw, modele rodziny, rynek pracy, rozwój (lub upadek) przemysłu, warunki klimatyczne czy ekologia. Przy nowoczesnym projektowaniu rozwoju miast wszystkie te czynniki są obligatoryjnym punktem wyjścia do dalszych, już architektonicznych wizji. Tu nie chodzi o uprawianie sztuki, ale o prawo i ekonomię.
Wygodny chaos
A u nas? Wbrew pozorom rzesza 1,2 tys. krajowych urbanistów wcale nie musi być bezrobotna i sfrustrowana. Zgodnie z ustawą z 2005 r. czeka ich bowiem potężne zadanie: tworzenia lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego, czyli dokumentów określających, gdzie, co i jak można w przyszłości pobudować. Ale to tylko teoria, bo samorządy wcale nie spieszą się do ich sporządzania. W dużych miastach, gdzie chaos przestrzenny jest największy (Warszawa, Łódź, Kraków), objęto nimi dotychczas zaledwie 12–15 proc. powierzchni. W skali kraju – 20 proc. I tylko w wyjątkowych przypadkach niektórych miast o charakterze historycznym (Kazimierz Dolny, Zamość) planami objęto już całe miasto. Dla odmiany, w naszej tatrzańskiej perełce, czyli Zakopanem, ów wskaźnik wynosi (uwaga!) – 0,02 proc.
Dlaczego władze samorządowe w Polsce tak opornie porządkują swoją przestrzeń? Zasadnicze powody są dwa. Po pierwsze, sporządzenie planu nie jest tanie. Łatwiej, bardziej efektownie i bezpiecznie ze społecznego punktu widzenia dofinansować więc szkoły, służbę zdrowia czy nawet dom kultury, aniżeli opracowywać plany. Ale po drugie, i chyba ważniejsze, sporządzenie planów wiąże władzom samorządowym ręce. Jeżeli projekt nowego budynku, osiedla czy sklepu jest zgodny z wytycznymi planu, zgoda na budowę zapada automatycznie, w trybie decyzji administracyjnej.
A jeśli planu nie ma? Wówczas jest tzw. jednostkowa decyzja o warunkach zabudowy, której wydanie zależy w gruncie rzeczy od widzimisie samorządowego urzędnika. A wtedy można negocjować, przekonywać, lobbować i wymuszać na samorządowcach najbardziej idiotyczne – z urbanistycznego punktu widzenia – decyzje. W literaturze fachowej wymienia się około 50 czynników, które należy brać pod uwagę przy sporządzaniu planów przestrzennego zagospodarowania terenu. Ale samorządowy urzędnik, którego nie wiążą plany, nic nie musi brać pod uwagę. Co najwyżej może brać od inwestora i dewelopera kopertę pod stołem. Zdaniem Janusza Korzenia: – To jest potężny błąd nowej ustawy, sprzyjający panoszeniu się tandetnej architektury, sankcjonujący przypadek w zabudowie, korupcjogenny. Brak planów zagospodarowania gołym okiem najlepiej widać na przedpolach wielkich aglomeracji, ale też na terenach popegeerowskich, gdzie nagminnie stawiane są jakieś fabryczki. Przekazaniu całej (urbanistycznej) władzy w ręce samorządów towarzyszyło myślenie: najbardziej zainteresowani wiedzą najlepiej, co dla nich dobre. Czy aby zawsze? Radni gminy Lesznowola pod Warszawą podjęli np. kuriozalną decyzję o przeznaczeniu praktycznie całej powierzchni gminy pod zabudowę!
Pejzaż naszych wsi, miasteczek i miast w najbliższych latach maluje się w czarnych barwach. – Niejako na własne życzenie fundujemy sobie jeszcze bardziej paskudne otoczenie. Idziemy w dokładnie odwrotnym kierunku niż ci, którym zazdrościmy porządku, wspaniałej architektury, dumy z zachowania krajobrazu – mówi Janusz Korzeń. Czy można coś zrobić? Propozycji jest wiele. Wprowadzić od nieruchomości podatek ad valorem, który przyhamuje rozrzutne gospodarowanie gruntami i powinien skutecznie zagęścić zabudowę (w krajach Unii obowiązuje on wszędzie z wyjątkiem Polski, Irlandii i Grecji). Postawić na kształcenie nowoczesnych kadr urbanistów, bo dziś średnia wieku w tej grupie zawodowej to 75 lat. Zwiększyć uprawnienia państwa do ingerencji w decyzje samorządowe. Zmobilizować miasta do tworzenia planów zagospodarowania przestrzennego. Ale przede wszystkim tak przebudować prawo, by wreszcie przestało sprzyjać spekulantom, a zaczęło służyć powszechnemu ładowi przestrzennemu.
Bo jeśli tak dalej pójdzie, wcześniej czy później cała Polska zamieni się w skansen dziwactw urbanistycznych XX i XXI w. na europejską skalę.
Piotr Sarzyński

Do inicjatora/ki wsadzania artykulu z Polityki

Forum jest wymianą myśli. Anonimowość zachęca do szczerych wypowiedzi. Są one najczęściej krótkie. Mniej lub bardziej rzeczowe, dosadne. Bywają dowcipne. Forum żyje wymianą myśli.
Natomiast wsadzanie elaboratów nie zachęca do ich czytania i zamyka dyskusję. Gazety sami potrafimy czytać. Można było ew zacytować 2-3 zdania. Natomiast takie "wklejanie" długich artykułów jest pomysłem fatalnym, niszczącym forum, zamykającym dyskusję. Proszę tego nie robić!
JGS

re: do inicjatora/ki

Nie widzę, aby dyskusja zamarła. Nie widzę też, aby forum zostało zniszczone. Cieszę się, że JGS czyta gazety. Nie każdy i nie zawsze trafia na te same artykuły. Zważywszy na słowa p. Madyckiego, trzeba brać również pod uwagę, że wiele osób wchodzi na stronę, ale niekoniecznie bierze udział w dyskusji. A może lektura Raportu poszerzy naszą orientację w tematyce, która na tym forum jest żywo omawiana? Nie widzę nic złego w dodaniu artykułu. To jest materiał również do dyskusji. Można się śmiało do niego odnieść. Zachęcam!

do inicjatorki

"Cieszę się, że JGS czyta gazety."
Dla Pani radości gotów jestem zrobić wiele! (Styl pisania to też informacja, dlatego zwracam się per Pani). Będę starał się cieszyć Panią nadal.
Jednak pozostanę przy przekonaniu, że sążniste teksty nie ożywiają dyskusji. Dlatego polecam cytowanie...pomimo, że powtórne czytanie powtórnie ucieszy :):)
Pozdrawiam.JGS

Posiedzenia Zarządu Osiedla

Posiedzenia Rady Gminy a także Komisji są otwarte. Każdy może w nich uczestniczyć.
Proszę powiedzieć - czy na posiedzenia Zarzadu Osiedla może przyjść każdy mieszkaniec Komorowa?
Interesuje mnie to z powodu zaskakujących, wyjątkowo niefortunnych pomysłów - w rodzaju "droga serwisowa", oznaczająca dewastację starych lip w Alei Marii Dąbrowskiej. Zarząd wiedział o tym od jakiegoś czasu. Takie "kwiatki" wychodzą na światło dzienne i zaskakują opinię publiczną. Przecież projekty powstają miesiącami a mieszkańcy dowiadują się nagle, przypadkowo, bywa, że po czasie.

"Komorów pod ochroną"

W artykule (z Życia Warszawy, na górze strony) poruszona jest sprawa częściowej dewastacji zabytkowych budynków w Komorowie, przez nieodpowiednio przeprowadzane rozbudowy. Rodzi się pytanie - czym kierował się Pan inż. J.Sobol, od lat gminny architekt, że dopuścił do takiego stanu rzeczy?
Obecnie decyzje dotyczące architektury należą do starostwa ale nie tak dawno były w kompetencji gminy.

Pytanie o aspekty estetyczne

Pytanie o aspekty estetyczne zabudowy, małej architektury, rozwiązań drogowych itd również mnie zawsze dręczyły, bo Polska wygląda dziś strasznie. To jest w oczach normalnych cywilizowanych ludzi tragiczna wizytówka, która tylko świadczy o zacofaniu cywilizacyjnym. Trudnym do odrobienia. Strasznie przykre. To tak jakby ktoś nie umiał się zachować w towarzystwie czy przy stole, nie odnosił się z szacunkiem do kobiet, nie przeprowadził przysłowiowej staruszki przez ulicę, załatwiał się na klatkach schodowych i bramach itd... Zgroza... W środkowej Polsce to raczej norma, w innych regionach kraju bywa trochę inaczej, czasem lepiej. Niestety problem estetyki leży całkowitym odłogiem. A co do nieszczęsliwych przebudowań zabytkowych domów, to to z kolei wystawia świadectwo nie tyle urzędowemu architektowi (temu też) co chyba przede wszystkim właścicielowi. No ale czego to wymagać?...

Do przedmówcy

Po to jest architekt "z urzędu" żeby nie dopuścić do niszczenia pięknej willi, która znalazła się w nieodpowiednich rękach człowieka z pieniędzmi, nie czującego autentycznego uroku posiadanego domu.
W krajobrazie Polski mamy domu - koszmarki obkładane potłuczonymi talerzami, z wierzyczkami Gargamela i kolorowymi potworkami - krasnalami w ogródkach.

Niszczenie drzew na polach SGGW

Postępuje bezprawna dewastacja drzew na polach pomiędzy Ostoją a Al.Kasztanową. Kiedyś w tej sprawie zadałem pytanie wójtowi, na stronie BIP-u Michałowice. Odpowiedź brzmiała - uruchomię dochodzenie. Oczywiście był to wykręt nic nie oznaczający. Dziś stwierdziłem dalszą dewastację.
To dzieje się bezprawnie. Ustawa o ochronie przyrody wskazuje, że na usuwanie drzew konieczne jest pozwolenie wójta. W myśl tej samej ustawy gmina powinna pobierać opłaty.
Najwyraźniej pole jest przygotowywane pod inwsestycję z pominięciem prawa.

niszczenie????

Niech przedmówca przejdzie się na to pole - zobaczy co tam jest i nie pisze bzdur. Dżungla chwastów i żadnej wycinki - czy takiej ochrony i jej wyników chcemy?

re: niszczenie????

już wiele osób przeszło się na pola i potwierdza się niszczenie drzew, wyrywanie karp etc. To nie jest dżungla chwastów - tu rośnie wiele kilkunastoletnich drzew. Na to trzeba mieć zgodę.

niszczenie. Oczywiście tak!!!

Bzdury to pisze przedmówca. Ja byłem na tym polu i widziałem co tam się dzieje.
Napisałem po dokładnym obejrzeniu faktów. Na górze pierwszej str. komorowskiej jest jedno ze zdięć. Nie o chwasty chodzi. Wycina się kilkunastoletnie drzewa na dużej, wielohektarowej przestrzeni.
W myśl ustawy o ochronie przyrody taka wycinka musi mieć pozwolenie wójta i od każdego drzewa, wg określonego w ustawie pomiaru obwodu pnia, pobiera się opłatę. Jeżeli niema pozwolenia to gmina nakłada karę. Niech przynajmniej gmina na tym zarobi, jeżeli niema bardziej sensownych pomysłów.

To co przedmówca nazywa

To co przedmówca nazywa dźunglą chwastów to po prostu roślinność, która w najwałaściwszy naturalny sposób zajmuje teren opuszczony przez rolnictwo. To nie są chwasty. Tam są (może właściwiej będzie powiedzieć były, bo w większości ktoś w zeszłym roku powycinał) tysiące zdrowych i silnych młodych drzew: brzóz, topoli, sosen, osik, czarnego bzu i wiele innych szlachetnych gatunków. Określenie chewast wużyte w stosunku do drzew które się same wysiały wskazuje, że przedmówca uważa za niechwast tylko te które sam z całą swoją łaskawością i szlachetnością za takie uzna. Np. świerk-choinka na wystrzyżonym jak dywan trawniczku przed domem. To typowe. Tak jak wygląda teraz pole komorowsko-pęcickie wygląda każdy młody naturalny las. W przyszłości powstałby z tego normalny i prawidłowy system leśny. Nie ma w tym nic godnego pogardy. Poza tym imponuje swoją energią i siłą.
Wycinka jest niestety i do tego prowadzona w sposób wyjatkowo odrażający barbażyński i dziki. Pracownicy firmy która się tym zajmuje, a podejrzewam, że to spece z elektrowni, poza potworną dewastacją i bałaganem zostawiają za każdym razem swojej tam obecności przy okazji masę okropnych śmieci: plastikowych butelek, folii, papierów i jeszcze innych. To świadczy po prostu o prostactwie i braku podstawowych norm społecznych. Jedną z nich jest taka, widocznie nie wszystkim znana, że nie zostawia się po sobie nie sporzątniych śmieci. Pierwszy raz spotkałem się z metodą usuwania drzew spychaczem, bo to dokłądnie tak wygląda. To są jakieś azjatyckie prymitywne i dzikie sposoby.
Przedmówca niech sobie wraca do swojej choinki na zielonym dywaniku, która określa zapewne po prostu horyzonty świadomości właściciela, przykro mi.
A dla tych, którzy rozumieją o czym mówimy chciałbym dodać, że już dawno nie widziałem tak pięknego naturalnego parku, jaki w ciągu oststnich 10 lat sam, bez ludzkiej aroganckiej ingerencji powstał na polach. Kiedy przycjhodzi pora kwitnienia dzikich róż, bzów, wierzbówki albo nawłoci która teraz już przekwita to okolica ta wyglądajak najpiękniejszy stylowy park w angielskim stylu. Szkoda mi tych wszystkich biednych ludzi którzy są nieświadomi tylu wspaniałych rzeczy... Jak ślepcy albo ludzie pozbawieni zmysłu smaku...

Tu na razie jest klepisko

Tak powstają fakty dokonane. Najpierw zrobimy klepisko, a potem się coś na nie rzuci, np. szeregowce. A co?! Po kiego grzyba nam ta roślinność? Rośnie toto, kwitnie jak głupie, jakieś takie nieporządne. A czy przypadkiem przy tym skandalicznym akcie wandalizmu prawo nie zostało złamane?

re. To co przedmówca nazywa...

"świerk-choinka na wystrzyżonym jak dywan trawniczku przed domem."
A obok kolorowy, plastikowy krasnal.
Horyzonty świadomości właściciela(?) No właśnie! Króciótki ten horyzont.
Pół biedy kiedy taka "filozofia" dotyczy pojedyńczej osoby. Gorzej kiedy jest grupa takich postaci. Zupełna klęska kiedy to o czym Pan pisze dotyczy kierownictwa gminy.
"ślepcy albo ludzie pozbawieni zmysłu smaku..."

re.Tu na razie jest klepisko

Oczywiście, że zostało złamane prawo. Nie po raz pierwszy w gminie Michałowice.
Ciekaw jestem co wójt odpowie na pismo Radnej Ewy Borzymowskiej (na pierwzsej stronie)

Pole golfowe?

Robotnicy prowadzący wspomnianą dewastację drzewostanu, na pytanie co tu będzie, odparli - pole golfowe.
Jeżeli tak, to po cholerę? Dla kilku osób z forsą (golf to bardzo drogi i nie masowy sport)? Zabiera się mieszkańcom gminy, a także Pruszkowa - tereny, które służą jako spacerowe, dla ludzi, piesków, jesienią grzybiarzy. Tam jeżdżą ludzie konno. Przecież taki naturalny las przy osiedlu to skarb, oaza świerzego powietrza. Jak można coś takiego niszczyć dla kilku dołków i facetów z laskami?
W imię czego pozbawia się mieszkańców ogólnodostępnych pięknych terenów?

Dodaj nową odpowiedź

Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Allowed HTML tags: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Image links with 'rel="lightbox"' in the tag will appear in a Lightbox when clicked on.

Więcej informacji na temat formatowania

Subskrybuj zawartość



Komorów zagrożony






Blok: Odpowiedzi

Logowanie


© by Rafał Madycki (www.DevDesign.pl) 2005-2008. Wszystkie prawa zastrzeżone. Kontakt: admin@komorow.net
Treści na stronie należą wyłącznie do ich autorów.